Mówiące miasta

Uśmiech, który rozbroił system

Jeśli Warszawa negocjowała w gabinetach, a Kraków modlił się w katedrach, Wrocław wybrał drogę, której nikt się nie spodziewał: wywrotowy śmiech i radykalną walkę. W tym zachodnim mieście – „ziemi niczyjej” zasiedlonej po wojnie niemal całkowicie od nowa – opór nie dźwigał ciężaru wielowiekowej tradycji. Być może dlatego jego mieszkańcy czuli się wolni, by wymyślać najbardziej zuchwałe sposoby na rzucenie wyzwania władzy. Wrocław nie był tylko antykomunistycznym bastionem; był laboratorium, w którym surrealizm stał się bronią polityczną.

Rewolucja krasnoludków na ulicy Świdnickiej

Spacer ulicą Świdnicką to dziś dosłowne potykanie się o historię. Małe, brązowe figurki krasnali obserwują nas z narożników. Dla nieświadomego turysty są uroczą atrakcją, ale dla nas to weterani wyjątkowej wojny psychologicznej.

W szarości lat 80. narodziła się tu Pomarańczowa Alternatywa. Ruch ten, pod wodzą „Majora” Waldemara Fydrycha, uznał, że jedynym sposobem na walkę z absurdalną dyktaturą jest jeszcze większy absurd.

Bruk Wrocławia zamienił się w teatr absurdu. Gdy milicja zamalowywała antyrządowe hasła, Fydrych i jego ekipa malowali krasnala na plamie świeżej farby. Gdy reżim organizował pompatyczne parady wojskowe, oni kontratakowali marszami ludzi przebranych za krasnoludki lub rozdawaniem papieru toaletowego – ówczesnego towaru luksusowego – jakby był świętą relikwią. Milicja była sparaliżowana: bo jak aresztować krasnala za uśmiech? Przełamując strach śmiechem, Wrocław obnażył cesarza przed jego ludem.

Druga strona: Solidarność Walcząca

Jednak pod tą warstwą humoru Wrocław miał stalowy rdzeń. Podczas gdy reszta Polski szukała kompromisu i dialogu, tutaj zapuściła korzenie najbardziej nieprzejednana frakcja: Solidarność Walcząca.

Pod przywództwem Kornela Morawieckiego organizacja ta odrzuciła pomysł zasiadania do stołu z komunistami. Dla nich nie istniał „socjalizm z ludzką twarzą”; celem była całkowita niepodległość. Ta postawa zamieniła miasto w twierdzę podziemnej technologii. Z ukrytych piwnic nadawali audycje radiowe, które zagłuszały sygnał państwowej telewizji, i prowadzili sieci kontrwywiadu tak wyrafinowane, że Służba Bezpieczeństwa (SB) z trudem mogła je infiltrować.

W tej partii szachów Kościół również odegrał rolę godną filmu sensacyjnego. Postać kardynała Henryka Gulbinowicza jest w mieście legendarna nie tylko ze względu na posługę duchową, ale i na zuchwałość rodem z powieści szpiegowskiej.

Na kilka dni przed wprowadzeniem stanu wojennego w 1981 roku, gdy państwo miało zamrozić konta związku, lokalni liderzy Solidarności wypłacili 80 milionów złotych i zabrali je… do pałacu arcybiskupiego. Gulbinowicz ukrył gotówkę, a ten „skarb” finansował podziemny opór i pomoc dla rodzin prześladowanych w najciemniejszych latach reżimu.

Wrocław uczy nas, że tożsamości się nie dziedziczy, lecz się ją buduje. W mieście, w którym po 1945 roku każdy był „nowy”, wykuła się wspólnota połączona odrzuceniem kłamstwa. Dziś brązowe krasnale nie są zabawkami; są pomnikami ludzkiego dowcipu. Przypominają nam, że nawet w obliczu czołgów najpotężniejszą bronią bywa czasem zdolność do śmiechu w twarz tyrana i podtrzymywania radykalnej nadziei na wolność.